Rzym

Od makaronu do wieczności, czyli dlaczego warto pojechać do Rzymu na obiad

Iskrą zapalną tej wyprawy było łaknienie. Zachciało się carbonary, a skończyło się na tym, że będąc w Rzymie zaglądam przez dziurkę od klucza i widzę wieczność.

Obiad w Rzymie?  Brzmi cudownie!

Zaczęło się od książki*, którą czytaliśmy równocześnie, a czasami sobie nawzajem przed snem. Dlatego kupiliśmy bilety i zarezerwowaliśmy nocleg. Jadąc do Rzymu nie myślałam o kulturze, historii, dziedzictwie,  ale o makaronie i pecorino.  Bez uniesienia, ale z wilczym apetytem udałam się do stolicy Włoch.

Już pierwszego wieczoru poszliśmy do restauracji Trattoria da Teo wychwalanej za prawdziwą carbonarę.  Mieliśmy szczęście, bo bez rezerwacji trafił nam się stolik. Po jednej stronie skandynawscy kochankowie dzielili się daniami, a po drugiej Włoch nienagannie ubrany rozmawiał z kelnerem, jak ze starym znajomym. Tego wieczoru przeżyłam wielkie rozczarowanie mojego męża i radość otwarcia na nowe.

Kiedy podano carbonarę zapadła cisza.

Carbonata. Trattoria da Teo.
Carbonata. Trattoria da Teo.

Trwała do końca konsumpcji. Z każdym kęsem euforia spływała jak woda po kaczce. Pozostało zdziwienie i trochę makaronu na talerzu. Podszedł kucharz pytając, czy dobre i zwracając uwagę, że tutaj wszystko się zjada. Posłusznie oczyściliśmy talerze. Makaron wychodził mi uszami, a kalorie zaczęły od razu odkładać się formując wałeczki. Zapiliśmy danie winem. A właściwie zatapialiśmy wspomnienie po carbonarze kolejnymi kieliszkami.

Veni, Carbonara i domum redero!

I zabawa skończona. Wydawało się, że na tym koniec, a jednak  kiedy zatrzasnęły się drzwi rozczarowania, od razu otworzyły się wrota na miejsce, w którym byliśmy. Wieczne miasto Rzym.
Co z nim zrobić? Jak się mam z tą wiecznością?

Kiedy nie wiesz, co dalej, idź na spacer, mówi podejście solvitur ambulando. (Solvitur ambilando wzięło się od filozofa greckiego Diogenesa z Synopy i jest to o tym, że chodzenie obdarza nas rozwiązaniem. Zatem można sobie wychodzić odpowiedzi na pytania, które nas nurtują).

Powłóczyliśmy się uliczkami, aby nocą dotrzeć do Tybru. Rzekę otulona koronkowy szal wyszydełkowany z liści platanów. W świetle ulicznych lamp pobłyskuje jej nurt. Płynęła, kiedy wilczyca karmiła chłopców. Płynęła , kiedy Neron palił miasto. Płynęła, kiedy barbarzyńcy niszczyli całe imperium. Tyber nie jest biologicznym, ale najważniejszym rodzicielem miasta. Bo przecież chłopcy, Romulus i Remus, mieli utonąć, a jednak rzeka się nimi zaopiekowała kolebiąc koszyk, a potem osadzając go na mieliźnie. Tu niemowlaki odnalazła wilczyca.

Rzeka i wilczyca – one dały światu urbs aeterna (wieczne miasto).

Po tej rzece, jak po nitce do kłębka, trafiamy do łóżka. A rano budzimy się w wiecznym mieście, w którym nie ma ani śladu po carbonarze.

Świat krzyczy od samego rana

Otwieram okiennice, a błękit nieba wbiega do pokoju wraz z rozkrzyczanymi klaksonami. Dajcie kawę! I ja z wami zaraz pokrzyczę z radości.  Kładziemy na stół nasze listy pt. co chcę zobaczyć tutaj. Są różne. Na mojej liście  nic ze znanych top 10, a na jego monumenty historii.

Nowe okno na Rzym.

Nie chcę zwiedzać, a lubię pobyć. Nie chcę być jak turysta odpowiednio ubrany z aparatem przed Koloseum, ale jak przybłęda, którego wspaniałomyślnie rzymianin zaprasza do stolika. Chcę się przysiąść na chwilę. Wśliznąć się przez tę szparę do doświadczenia, które jest o pobyciu w Rzymie. Dlatego ani Fontanna di Trevi ani Schody Hiszpańskie, na których teraz możesz zapłacić mandat za siedzenie,  nie były moimi miejscami. Rzym jesienią jest piękny – obrany z tych sztucznych warstw turystów. W takich miejscach, jak Forum Romanum czy Zamek Św. Anioła są obecni. Z pewnością są częścią miasta, ale nie są tą częścią opowieści, która mnie interesuje.

Na pytanie dokąd pójdziemy, miałam zawsze jedną odpowiedź. Na Zatybrze!

Zatybrze to dzielnica Rzymu, która pasuje mi jak ulał. Ciasne uliczki, rodzinne knajpki, stare ściany.  Siadam przy stoliku na zewnątrz z aperolem. Obok kobieta z Danii. Jak ustalamy moja sąsiadka.  Dołącza mężczyzna o srebrnych lokowanych włosach. Kelnerka przynosi mu butelkę wina. Zakłada nogę na nogę. Ma zamszowe mokasyny z klamerką. Podziwiam, a mi wmówiono, że zamszowe buty są takie niepraktyczne.  Rozmawiamy o geopolityce i znów okazuje się, że Polska to wschód (a nie zachód) i pada podziękowanie za papieża. Rozmowa sama płynie i nie ma co wracać do domu, skoro czujesz się jak u siebie. Gdybym miała tylko jeden dzień w Rzymie, to spędziłabym go właśnie na Trasteverde.

A jeśli kochasz kawę i uliczki, i …

I kurtyzany.

Myślę, że moja atencja dla kurtyzan zaczęła się od Marie Duplessis. Jej historię opisał Dumas w Damie Kameliowej, a wszelkie emocje, którymi nasączona jest ta prawdziwa historia przekazał boski-włoski Guseppe Verdi w Traviacie . On zakochuje się kurtyzanie. Interweniuje jego ojciec i skutecznie sprawia, że ona go porzuca. Kochanek nie rozumie i obraża ją publicznie. Nie ma happy endu, bo ona umiera na gruźlicę.

A ja potrzebuję happy endu! Zatem czasami wolę fast food w postaci Pretty Woman. W każdym razie Marie, Julia czy Fiammetta dla mnie są iskrzącymi opowieściami o tym, że kochać wbrew „porządkowi, zasadom tego świata”, to jest to, co mnie porusza.

To jest trampolina do wieczności – miłość i rebelia!

Idąc Via dei Coronari.
Zatem stoję pod drzwiami z numerem 157 na Via dei Coronari

Wiedziałam, że nikt nie otworzy, ale to nie znaczy, że mam zrezygnować z pukania.

Gdybyś szedł do baru, który byłby zamknięty, to zrezygnowałbyś z wyjścia? Gdybyś wiedział, że nie masz jajek do przygotowania potrawy, to czytałbyś przepis? Gdyby ktoś ci powiedział, że twój cudowny związek za rok będzie przeszłością, zrezygnowałbyś z niego teraz?

Jesteśmy nastawieni na cel i często zachowujemy się jak jego niewolnicy. Wydaje się to takie racjonalne: wiedzieć-po-co-coś-się-robi. A ja ci powiem tak:

I co z tego, że zamknięte, skoro sama droga i akt pukania są ważne?

Pukanie jak preludium do utworu, który nie powstanie, ale daje przedsmak, daje przygodę, daje doświadczenie drogi, daje nadzieję. Dlatego warto pukać do drzwi, chociaż logika wydziera się, że to nie ma sensu.

Do kogo pukam pod numerem 157?

Do Fiammetty.

Pod numerem 157 mieszka(-ła) Fiammetta Michaelis – słynna kurtyzana, która była miłością kardynała Giacomo Ammannati Piccolomini. Zmarł w 1479 roku i okazało się, że zapisał jej cały majątek. Skandal! Ludzie byli tak oburzeni, że sprawa dotarła do samego papieża, który powołał specjalną komisję w tej sprawie. Na mocy jej decyzji majątek po pierwsze zmniejszono, a po drugie to, co odziedziczyła nazwano posagiem (bo kochanki nie mają posagów od swoich kochanków – czujesz siwy dym hipokryzji?). Fiammeccie m.in. pozostawiono dom przy via Coronari 157. Stoję przed nim  i zadzieram głowę, aby zatrzymać wzrok na okienku. Giacomo i Fiammetta.  I wieczność bierze się z buntu, łamania zasad, podążania za swoim sercem.

Czas ostudzić emocje lodami. Najlepszymi w Rzymie!

Rozterki.

Tym są lodziarnie w Rzymie. Nie wiesz, którą lodziarnię wybrać, bo tyle ich, a wszystkie dobre. Jak to wszystkie dobre?! Muszą być lepsze i najlepsze. Kiedy o tym myślę, to widzę współczesny świat manipulowanych relacji, doskonałych reklam w mediach społecznościowych i bezwzględnych testów copywritingowych. Sprawiają, że uważamy, że istnieją produkty najlepsze i że celem jest móc korzystać z tych najlepszych produktów. Zasada szczęśliwości tego świata ma się tak: im możesz sobie pozwolić na więcej produktów najlepszych, tym większy odniosłeś sukces.   My już nie szukamy niczego, bo odpowiedzi są w wyszukiwarce Google. My już nie podejmujemy eksperymentu wyrabiania swojej własnej opinii, bo opinię wszczepiają nam jak chip influenserki i plastikowi ludzie z social mediów.

Wróćmy do Rzymu. Gdzie są najlepsze lody?

Lody w Rzymie
Boskie gelati. Gelateria del Teatro z rekomendacji Anreasa Viestad.

Przyznam się, że tutaj posłuchałam Andreasa*. Napisał fenomenalną książkę, więc zamiast kupować jakikolwiek przewodnik po Rzymie, koniecznie przeczytaj to, co ma do powiedzenia. W hołdzie temu, jak nas obdarował i w podzięce za to, że to jego książka pchnęła nas w nieznane, poszliśmy na lody do Gelateria del Teatro. Wzięłam cytrynowe. Orzeźwiająca kąpiel dla zmysłów!

 

A najlepsza kawa w Rzymie?

Antico Caffè Greco? Sant’ Eustachio Il Caffè, Antigua Tazza d’Oro, Panella, Sciascia Caffè 1919, Faro – Luminari del Caffè, Roscioli Caffè?  Naprawdę?!

Najlepszą piłam zaraz po spacerze na Campo de Fiori – targu opasany wstęgą w kolorze karczowchowym. (Karczoch to moja nowa miłość).

Nie słyszałeś o tej kawiarni? Ja też nie. Po prostu była we właściwym dla mnie miejscu i czasie. Kawa jak kawa, ale przyznam, że mogło być tak, że do tego miejsca przekabacił mnie mignon tortino z kremem. Bo najlepsze nie jest dane – jest zaproszeniem do odkrywania, czyli odkrywania swoich ulubionych lodów, kawy czy makaronu.

I znów idziemy na most.

Tyber. Po nitce do kłębka idę.

Chodząc z jednej strony rzeki na drugą na drugą mijam wieczność jak przypadkowego przechodnia

Lubię Ponto Vittorio Emanuele – mój punkt orientacyjny. Stąd wiem, jak iść na Zatybrze i że jeden most dalej jest cudowna kawiarnio-księgarnia i do domu też potrafię trafić. Mosty na Tybrze mnie poruszają. Chodzimy po nich do siebie ponad wiecznością, która płynie spokojnie niosąc emocje pocałunku wiecznych kochanków.

Miłość dotyka wieczności. Nikt tego nie wie na pewno, ale mam nadzieję, że tak jest. Bo przecież nic nie jest wieczne. Nic. Idąc przez miasto odbierałam lekcję na ten temat. Rozumiem niewiele. Czuję się jak uczeń, który pierwszy raz jest na lekcji chińskiego, a trafił do grupy zaawansowanej.

Pewnego dnia poszliśmy na Awentyn,  na plac Kawalerów Maltańskich. Kiedyś pochodzili tylko z arystokracji, a ich misja to obrona wiary, służenie ubogim i chorym (tuitio fidei et obsequium pauperum). Każdy może dowiedzieć się o historii zakonu i jego działalności, a jednak w mojej wyobraźni aż duszno od aury tajemniczości.

Piazza dei Cavalieri di Malta jest jak inne place, choć projekt architekta Giovanniego Battisty Piraseniego tłumaczy jego sławę.  Przestrzeń wyjątkowa i nie wiem, czy Giovanni miał z tym coś wspólnego, ale jeśli tak, to zrobił na mnie wrażenie. Chodzi o pewną dziurkę. Dziurkę od klucza. Jest ona w bramie właśnie na tym placu.

Patrzenie przez dziurkę od klucza to wyjątkowa perspektywa. Wydaje się, że to  utrudnienie, zawężenie widoku i do tego to podglądanie, które mówi się, że takie nieładne. Ale już wiesz, że mam przekonanie, że droga do wieczności prowadzi przez bunt i „nieładne rzeczy i sprawy”, więc zaglądam. Co widzę?

To, co wiedzę pozostawia mnie na granicy mroku i podziwu. Nie umiem wieczności. Klękam przed jej nieskończonością z takim przejęciem jak  przed grobem ukochanej osoby.

Wieczność dzieje się w Rzymie, a nie w człowieku – tyle zrozumiałam.

 

*Oto książka, która jest początkiem tej wyprawy: Obiad w Rzymie. Historia świata w jednym posiłku – Andreas Viestad
Więcej zdjęć z Rzymu wraz z podpowiedziami miejsc znajdziesz na moim Instagramie @niebieszczanskajustyna.

 

Wszelkie prawa zastrzeżone dla justynaniebieszczanska.com © 2017 - 2022