Wspomnienie

Sztuka zapominania i wyboru, czyli wszystko co wiem o wspomnieniach

Koniakówka ma brzegi oblepione cukrem.  Dłońmi podgrzewam trunek w kieliszku, bo tak trzeba. Podziwiam wianuszek z kryształków cukru, który zrobiła mama. I wdycham płochliwie męski zapach alkoholu.  Łyk trzymam w ustach. To lekcja picia koniaku, której mi udzielali tata ze swoim przyjacielem. Nikogo, kto wtedy był na tej lekcji już nie ma na świecie. Nawet mnie – tamtej dziewczyny.

Koniak pali. Mówią, że zaraz przyjdzie smak, przyjemność, odkrycie.  Odkrycie przyszło, ale wiele lat później, kiedy zostało tylko wspomnienie. Wtedy była rozmowa o calvadosie, a właściwie o tym, że lubił go Hemingway. Nie wiem, czy to prawda, bo pisarza wiąże się z kilkoma drinkami, jak mohito, w którym nurzał się w Hawanie. Faktycznie w  książce Słońce też wschodzi pojawia się jabłkowe brandy z grenadyną i sokiem z limonki. Na tej lekcji padły słowa, które zapamiętałam, bo nie potrafiłam ich zrozumieć:

Szczęście to po prostu dobre zdrowie i zła pamięć.

Szczęście to coś  więcej, krzyczało moje dziewczęce serce, które miało pierwsze zawody miłosne za sobą.

Minęło 30 lat i na tym samym stole zamiast koniakówek akt zgonu.

Wiadomość o śmierci jest jak pierwszy w życiu łyk koniaku –  pali. Pali usta, przełyk, trzewia. Wnika w organizm budząc demona paniki. Chcesz to wypluć, ale jest za późno. Kiedy już to wiesz, pijesz do dna.

Tak też bywa z odejściem kogoś, kto sprawił, że pojawiłeś się na świecie. Zatyka cię, a potem zapadasz się w sobie. Wtedy czujesz to, o czym napisała mi moja przyjaciółka:

Jakby ze zbioru coś odpadło i wszechświat potrzebuje od nowa poukładać puzzle.

Echem odbija się od ścian komórek słowo „odpadło”. I czujesz, że to nie jest możliwe, że ty tu jesteś, a tej osoby już nie ma. Potem widzisz zniszczenia, w gruzach zdarzenia i emocje. Z czasem serce przyzwyczaja się do ciemności i tego widoku. Domyślasz się , że z puzzli masz poukładać kolejny fragment swojego życia. Nie ma jednak opakowania, na którym jest obraz do odtworzenia. Żadnej wskazówki.

Od czego zacząć? Życie samo podrzuca odpowiedź – od słów, które powiesz na pogrzebie.

Pierwszą mowę pogrzebową pisałam na studiach na cześć Mimnermosa, a drugą w listopadzie 2021 roku

Mimnermos żył w 7 w.p.n.e. i nasza znajomość była zdalna, pisząc współczesnym językiem. Zadanie zlecił Witold Maciejewski – nauczyciel starożytnej greki. Jego wiedza i sposób przekazu były olśniewające, a do tego wyglądał jak Adonis  i miał  iskierki w oczach. Moje olśnienie wydało owoce – oblałam na pierwszym roku grekę.

Wtedy z ciekawością  skreśliłam kilka słów nad grobem Mimnermosa, a właściwie nad jego wierszami, które mierzą się ze szpetotą starości. Są o dwóch strasznych Kerach – sprawczyniach zła.  Jedna z nich przynosi nam „czas bolesnej starości, druga zaś śmierć”.

Miałam dwadzieścia lat i żadnego pojęcia o starości. Przez lata uwielbiałam Mimnermosa za zdanie o tym, że życie bez Afrodyty (miłości) nie jest niczego warte. Kiedy starość mojej mamy zaczęła się dziać na moich oczach współodczuwam jego bunt wymieszany z przerażeniem, o którym pisał. Zapach Ker wśliznął się i w moje życie.

A słowa na pogrzebie mamy? To zadanie niewykonalne.  Moja mama to powieść, powieść o tysiącach stron,  a ja mam tylko jedną kartkę. Jest o tym, że na świecie była tylko jedna tak harda kobieta, która mówiła, co myśli nie bacząc na konsekwencje.

Życie to sztuka zderzenia się z pamięcią  i nie tyle przetrwania, co tworzenia

Co pamiętam z naszej historii, z historii mnie i mojej mamy? Niewiele. Mam taką przypadłość, że dużo wyrzucam z pamięci. Szczególnie rzeczy bolesne  spycham w czeluści zapomnienia. Moje wspomnienia z dzieciństwa to opowieść dwuwymiarowa o bezwarunkowej miłości ojca i mamie, która rzucała wyzwania.

I teraz zostałam z darem wspomnień. Czasami wydają się nietrafionym prezentem, jak kolejna para skarpetek pod choinkę. Albo  i trucizną, która latami niszczy umysł.

A jednak jeżeli się umówimy na to, że jest do dar, to tak jest!

Swoim życiem i historią, zdarzeniami, uczuciami obdarował nas drugi człowiek – dał to, co miał i czym mógł się podzielić. Jestem pewna, że moja mama dbała z siebie wszystko.

Ja. Mama. I Tata.. Fot. Maria Adler.

Widzę ją jak jedzie z tatą syrenką w upalny dzień w 1970 roku. W samochodzie nie można wyłączyć ogrzewania, więc siedzi w staniku i odgarnia z policzka złociste włosy targane przez wiatr. Widzę jak wraca z pracy i chce wstawić wcześniej namoczony makaron, bo pierwszy raz kupła taki gotowy, a był tak twardy, więc go namoczyła i dziwi się, że z niego taka breja. Widzę jak siedzi w pociągu, a obok niej w wiklinowym koszyku jest Czaja, posokowiec bawarski. Pojechałyśmy po nią aż pod Poznań i byłam taka szczęśliwa. Tak szczęśliwa, jak nieszczęśliwa, gdy kilka lat potem postanowiła, że trzeba jej znaleźć nowy dom, bo poniszczyła wiele rzeczy w mieszkaniu.

Bo nikt nie jest jednoznaczną opowieścią. Nic nie jest jasne, jeżeli chodzi o ludzką historię, a wszystko zagadkowe. Człowiek jest z gliny – z błota, rozkruszonych skał, które jak drzazgi tkwią w sercu, z lepkości łez, o których nikt nie wie  i z wielu nienazwanych frakcji.

Zatem co z pamięcią o człowieku, który odszedł?

Pamięć to tylko szkic przeszłości,

jak mówiła Virginia Woolf. Każdy z nas, jak pisarz, tworzy opowieść. Co ciekawe, opowieść o tym samym człowieku będzie miała tyle różnych wersji, ile jest ludzi, którzy go poznali. Z nich bierze się długowieczność, czyli żyjemy tak długo, jak ktoś snuje o nas wspomnienia utkane ze słów i tęsknoty.

Myślisz, że pamięć to katalog zdarzeń – uporządkowany, opisany, zdefiniowany?  Im więcej pamiętamy, tym lepiej?   Traktujemy przeszłość, jak jakieś magiczne wytłumaczenie tego, kim jesteśmy. Szybkość życia sprawia, że się nie zastanawiamy – bierzemy, co jest; pamiętamy, co pod ręką; odtwarzamy trudne momenty, bo tłumaczą  zachowania, życie, miłość i jej brak. I tak w kółko.

Chcemy odtwarzać, a nie tworzyć.

A wspomnienia to spadek, który możemy przyjąć lub nie. Możemy wybrać z ich skarbca. Możemy z nich skorzystać i wzbogacić się. Nie ma ważniejszego spadku po osobie od wspomnień , które nigdy nie są faktami, a indywidualną interpretacją każdego z nas.  Skąd się ona bierze? Tu działa to, co kiedyś trafnie ujęła Maya Angelou:

  „ludzie nigdy nie zapomną tego, jak się przy kimś czuli.”

Paradoksalnie to te wspomnienia o dyskomforcie, przykrościach, niezrozumieniu są darem twórczym na przyszłość. Budowałam siebie w oparciu i opozycji do tego, jak traktowała  życie moja mama. A miała dwa życia – jedno kiedy mój tata żył, a drugie po jego śmierci. W pierwszym lepiej mi szło jako córce, a w drugim byłam inna.  Jestem optymistką, a ona pesymistką. Moje „jeszcze tyle jest fajnych rzeczy do zrobienia i przeżycia”  zderzało się z jej  „co miałam zrobić, to już zrobiłam”. Żyłyśmy jak w dwóch różnych światach równoległych, a jednak zawsze mogłyśmy na siebie liczyć. W chwilach trudnych w moim życiu, u niej następowała pełna mobilizacja i wsparcie. Jest wielkim wyzwaniem pomagać sobie pomimo tak innego podejścia do życia. Zresztą może to żadne wyzwanie, a miłość.

 

Wspomnienia należy wybierać.

Dzisiaj myślę, że dorosłość polega na umiejętności nie tyle radzenia sobie ze wspomnieniami, ale ich wyborem. Z uważnością i szacunkiem trzeba je selekcjonować. Wybierać dla siebie te, które mają sens.

Śmierć wydaje na świat żywe wspomnienia. Zapominamy, że nie zastygają w świadomości jak obraz, ale są historiami, które toczą się na naszych oczach.  Zapominamy, że wspomnienie to żaden dowód czy fakt, ale pożywka dla wielu myśli i uczuć, które w sobie rozwijamy i hodujemy. Wspomnienia pytają:

– Co teraz ze mną zrobisz?

W pośpiechu nie słyszymy tego pytania i nie mamy czasu na to, co najważniejsze. Na selekcję.

Wybieram te wspomnienia, które określam jak twórcze. Są dla mnie materiałem, z którego tworzę historię. Mają tworzyć,  budować, wzmacniać. Nie wybieram tylko tych radosnych wspomnień, ale zawsze zadaję sobie pytanie, co to wspomnienie dla mnie znaczy:

 Co czynię sobie zapamiętując to wspomnienie i wpuszczając do swojego życia?

 

Wspomnienie, które zatrzymało zdjęcie. Fot. Maria Adler

W książce „Sztuka tworzenia wspomnień” Meik Wiking pisze o tym, że mówiąc czy pisząc o określonych wspomnieniach utrwalamy je, więc:

To oznacza, że opowiadając o swoich przeżyciach w określony sposób, równocześnie kształtujemy własną pamięć tych zdarzeń. Te historie są naszą próbą nadania światu sensu. Kiedy mówisz o jakimś doświadczeniu, trenujesz umysł : wzmacniasz związki między pewnymi informacjami w mózgu , dzięki czemu dane wspomnienie staje się wyraźniejsze.

A co z prawdą?

To, co wiemy i jak pamiętamy przeszłość, to nie są fakty, ale subiektywne interpretacje. Można to sprowadzić do słów Kirkegaarda, że każdy ma swoją prawdę. Nie ma sensu ani pamiętać wszystkiego, ani dochodzić prawdy, ani uzależniać to, kim jesteś od tego, co się zdarzyło.  W tej kwestii chcę mieć w sobie odwagę tworzenia swojej prawdy, której  pozwalam rozgościć się.  Wszystko jest opowieścią, a ty decydujesz, jak dobra lub zła ona jest.

Może jednak nadal gdzieś  w zakamarkach twojej duszy jest pytanie o prawdę. O prawdę najważniejszą, to …

jeżeli ta prawda w tej historii istnieje, to jest o tym, że:

wspomnienia są wołaniem o miłość.

A kiedy już je usłyszysz, to co odpowiesz? Jaką dasz odpowiedź temu nieustającemu wołaniu o miłość?

Ciąg dalszy napiszesz sam.

 

 

Wszelkie prawa zastrzeżone dla justynaniebieszczanska.com © 2017 - 2022